Kamil Sipowicz w rozmowie z Pauliną Sawicką w RMF FM wrócił do najtrudniejszych chwil związanych z chorobą i śmiercią Kory. W programie Ale Zanim Pójdę , którego emisja odbędzie się w Wielką Sobotę o godz. 20 opowiedział o latach walki z nowotworem, depresji po jej odejściu oraz o ostatnich momentach życia artystki.
W 2013 roku Kora usłyszała diagnozę nowotworu czwartego stopnia. Choć sytuacja była bardzo poważna, artystce udało się żyć jeszcze przez kilka lat.
– Udało nam się wywalczyć pięć lat życia – powiedział Sipowicz.
Jak wspomina, ten czas był nie tylko walką z chorobą, ale także z systemem ochrony zdrowia i ogromnymi kosztami leczenia.
– Kiedy ktoś słyszy diagnozę nowotworu, dostaje dwie złe wiadomości. Pierwszą, że jest chory. Drugą, że musi się zmierzyć z systemem – mówi.
Jednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy była opowieść o ostatnich chwilach życia Kory.
– Kiedy Kora odchodziła, trzymaliśmy się wszyscy za ręce. Byli przyjaciele, rodzina, zwierzęta. Byliśmy razem do końca – wspomina Sipowicz.
Po śmierci artystki przeżył bardzo trudny czas.
– Po śmierci Kory miałem bardzo głęboką depresję. Byłem w rozpaczy – przyznał.
Jak mówi, próbą poradzenia sobie z żałobą była samotna podróż po Europie.
– Jeździłem przez Hiszpanię, Francję, Portugalię. Byłem w takim dziwnym stanie, jakby w transie. Szukałem czegoś, choć sam nie wiedziałem czego – opowiada.
Sipowicz podkreśla, że doświadczenie choroby i śmierci zmieniło jego spojrzenie na życie i przemijanie.
– Osoba chora może umrzeć wcześniej, ale każdy z nas zmierza w tym samym kierunku. Ona po prostu jest bliżej mety – mówi.
Rozmowa w RMF FM była jedną z najbardziej osobistych wypowiedzi Kamila Sipowicza w ostatnim czasie.


